O mnie

Cześć, jestem Paweł. Biegam między spotkaniami, zmęczeniem i normalnym życiem.

Biegacz na trasie w naturalnym otoczeniu, symbolizujący rekreacyjne bieganie po pracy.

Mam 35 lat, pracuję w korporacji i większość dnia spędzam przy biurku. Nie mam życia podporządkowanego treningom, nie wstaję codziennie o 5:00 z uśmiechem jak z reklamy butów biegowych. Biegam wtedy, kiedy udaje mi się wyrwać trochę czasu: po pracy, czasem wieczorem, czasem w weekend, kiedy reszta domu jeszcze się rozkręca.

Na Między Kilometrami piszę o bieganiu rekreacyjnym, treningu dla zapracowanych, przygotowaniach do 10 km, półmaratonu i maratonu oraz o sprzęcie, którego naprawdę używam. Bez napinki, bez udawania zawodowca i bez tekstów w stylu „wystarczy chcieć”.

35 lat, praca przy biurku i potrzeba ruszenia się po całym dniu
tygodniowo, tyle najczęściej udaje mi się biegać
10K–42K piszę o 10 km, półmaratonie i maratonie z perspektywy amatora

Jak to się zaczęło?

Przez długi czas mój „trening” wyglądał tak, że chodziłem z biurka do ekspresu do kawy i z powrotem. Dzień mijał między mailem, callem, Excelem i kolejnym callem, który mógłby być mailem. Po pracy głowa była zmęczona, plecy sztywne, a jedynym sportem było przewijanie telefonu na kanapie.

W końcu zacząłem wychodzić pobiegać po pracy. Na początku bez wielkiego planu. Po prostu zakładałem buty i wychodziłem, żeby przewietrzyć głowę. Trochę jakby ktoś wcisnął przycisk resetu po całym dniu siedzenia przed ekranem. Pierwsze biegi nie były romantyczne: zadyszka po kilku minutach, za ciepła bluza, źle dobrane tempo i myśl „po co ja to sobie robię?”.

Ale potem przyszło coś, czego się nie spodziewałem. Po biegu czułem się lżej. Nie zawsze szybciej, nie zawsze mocniej, ale spokojniej. I chyba właśnie dlatego zostałem. Bieganie stało się dla mnie czymś w rodzaju codziennego odpowietrzania głowy.

O czym piszę?

Bieganie bez spiny

Nie piszę z perspektywy gościa, który ma wszystko idealnie poukładane. Piszę o tym, jak biegać, kiedy czasem bardziej chce się spać niż robić trening. O regularności, motywacji, gorszych dniach i małych zwycięstwach.

Trening dla zapracowanych

W teorii plan treningowy zawsze wygląda pięknie. W praktyce dochodzi praca, rodzina, zmęczenie, zakupy i obiad, który sam się nie zrobi. Pokazuję, jak wcisnąć bieganie w zwykły tydzień bez budowania życia jak z tabelki.

Od 10 km do maratonu

Interesują mnie dystanse, które wielu amatorów ma na swojej liście: 10 km, półmaraton i maraton. Piszę o przygotowaniach normalnego człowieka, który trenuje po godzinach, a nie między masażem, drzemką i drugim śniadaniem.

Jak wygląda moje bieganie?

Najczęściej staram się biegać trzy razy w tygodniu. To nie brzmi jak plan mistrza świata, ale dla mnie jest realne. Dwa krótsze biegi po pracy i jeden dłuższy w weekend. Taki układ przypomina mi trochę gotowanie prostego obiadu: bez fajerwerków, ale jeśli robisz to regularnie, naprawdę działa.

Czasem trening wchodzi lekko. A czasem człowiek stoi w przedpokoju w butach biegowych i negocjuje sam ze sobą jak handlowiec pod koniec kwartału. „Może tylko 20 minut?” „Może spokojnie?” „Może bez patrzenia na tempo?”. I bardzo często właśnie te niepozorne wyjścia okazują się najlepsze.

Dwa krótsze biegi po pracy To mój sposób na odklejenie się od monitora. Czasem nogi są ciężkie, ale po kilku kilometrach głowa zwykle robi się trochę cichsza.
Jeden dłuższy bieg w weekend Bez pośpiechu. To taki moment tygodnia, w którym można pobyć samemu ze sobą i nie odświeżać co chwilę skrzynki mailowej.
Proste rozwiązania Nie lubię komplikować treningu bardziej niż trzeba. Plan ma pomagać, a nie być kolejnym projektem do zarządzania.
Sprzęt, który ma działać Dla mnie dobry sprzęt jest jak dobry współpracownik: robi swoje, nie marudzi i nie przypomina o sobie w najgorszym momencie.
Między Kilometrami to blog o bieganiu dla ludzi, którzy mają normalne życie poza treningiem.

Nie chodzi o to, żeby każdy bieg był epicki, a każdy tydzień idealny. Czasem sukcesem jest po prostu wyjście z domu. Czasem spokojne 5 km robi więcej dla głowy niż najlepsza aplikacja do produktywności. O takim bieganiu chcę tutaj pisać.

Sprzęt i polecajki

Od czasu do czasu piszę też o sprzęcie. Ale nie w stylu katalogu, gdzie wszystko jest „rewolucyjne”, „najlepsze w swojej klasie” i „zmienia zasady gry”. Interesuje mnie raczej to, czy dana rzecz faktycznie pomaga w codziennym bieganiu.

Buty mają nie obcierać. Zegarek ma łapać GPS bez dramatu. Kurtka ma ratować, kiedy pogoda uzna, że jednak dziś będzie test charakteru. A plecak ma siedzieć na plecach, a nie tańczyć jak luźny krawat na firmowej imprezie.

Opisuję tylko rzeczy, których używam albo których używałem wystarczająco długo, żeby mieć o nich normalną opinię. Nie po jednym rozpakowaniu, nie po zdjęciu na Instagram, tylko po kilometrach, błocie, deszczu, praniu i kilku momentach irytacji.

Dla kogo jest ten blog?

Dla osób, które chcą biegać, ale nie mają idealnych warunków. Dla tych, którzy siedzą cały dzień przy biurku, wracają zmęczeni, próbują zadbać o zdrowie i czasem zastanawiają się, czy 30 minut spokojnego truchtu ma w ogóle sens.

Ma. Nie zawsze od razu. Nie zawsze spektakularnie. Ale z czasem te małe wyjścia zaczynają się składać w coś większego. Trochę jak odkładanie drobnych do słoika - pojedynczo wyglądają niepozornie, ale po czasie okazuje się, że coś z tego naprawdę urosło.